Dzisiaj jest poniedziałek, 27 września 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

065 - Znowu pada

poniedziałek, 2018-07-02457

Gdy się obudziłem, na dworze było już ciemno. Silnik naszego pojazdu milczał, za to z tyłu dolatywały jakieś smakowite zapachy. Poczułem straszne ssanie w żołądku i doszedłem do wniosku, że każdy zapach związany z jedzeniem byłby teraz smakowity. Wygramoliłem się ze swojego siedzenie i podszedłem do Niny, która pichciła coś w świetle małej ledowej lampki.

- Wyspałeś się? - spytała.

- Mhm - mruknąłem zaglądając do garnka. Jakiś sos, jakiś makaron, trochę przypraw. Domyśliłem się, że wszystko z torebki, ale nie ma co grymasić. W obecnej sytuacji cokolwiek będzie i tak lepsze niż danie z Sheratona. Zresztą nigdy nie gardziłem daniami z torebek, czasami sam robiłem sobie jakąś zupkę chińską jak za starych studenckich czasów. Co prawda zawsze ją odchorowałem, ale i tak lubiłem. A tutaj kroiło się jakieś spaghetti, więc co najmniej o klasę wyżej niż zupka.

Ta popołudniowa drzemka sporo mi dała, chociaż fizycznie nie czułem się najlepiej. Samochodowy fotel, choćby nie wiem jak wygodny, nie zastąpi łóżka, w którym można się wyciągnąć. Kiedy ja ostatnio w takim spałem? A co ważniejsze, kiedy będę miał znowu na to szansę?

Zjedliśmy posiłek, który faktycznie smakował jak danie z drogiej restauracji. Nawet mimo metalowych menażek zastępujących talerze.

- Teraz moja kolej? - spytałem wyglądając przez okno. Mrok był tak gęsty, że miałem wrażenie, jakby ktoś narzucił na samochód plandekę. Nie widziałem jednak ani jednej gwiazdy, pewnie chmury znowu przesłoniły niebo.

- Nie - odparła Nina. - Zostajemy na noc. Ale ruszamy przed świtem.

Odetchnąłem z ulgą. Niespecjalnie miałem ochotę jechać przez nieznane tereny widząc tylko na odległość zasięgu reflektorów.

Przy otwartych tylnych drzwiach załatwiliśmy szybkie mycie siebie i naczyń i po rozłożeniu na podłodze karimat mogliśmy się położyć. Było cicho, średnio wygodnie, ale w miarę ciepło i przyjemnie. Jeszcze przez kilka godzin nie zmrużyłem oka i wcale nie dlatego, że przespałem cały wieczór.

 

Zanim otworzyłem oko, wiedziałem już, że deszcz nas dogonił. Przez dłuższą chwilę wsłuchiwałem się w jednostajny szum kropel rozbijających się o dach i okna, w końcu uniosłem się na łokciu. Do świtu było jeszcze sporo czasu, ale na dworze było już wystarczająco jasno, żeby szukać wymówek. Czas było ruszać dalej.

Nina przeciągnęła się rozkosznie. Byłem jednak twardy i nieugięty i bez skojarzeń proszę, mam na myśli silną wolę.

Poranek był zimny, powietrze mocno się ochłodziło przez noc. Po porannym, szybkim myciu usiadłem za kierownicą z dużo większą pewnością niż wczoraj. Przed nami wciąż było w miarę płasko i zapowiadała się przyjemna jazda.

Ruszyłem we wskazanym przez Ninę kierunku. Dziewczyna tymczasem zajęła się ogarnianiem legowiska i przygotowaniem śniadania, które mieliśmy zjeść przy okazji najbliższego postoju.

 

Okazja pojawiła się szybciej, niż się spodziewałem. Wkrótce dojechaliśmy do ogromnego jeziora. Przynajmniej według mapy było to jezioro, bo ja bym stawiał raczej na morze. Przeciwległego brzegu nie widziałem, po bokach ciemna woda również dochodziła do samego horyzontu. Zerknąłem jeszcze raz na ekran komputera. Wytyczona droga do celu prowadziła dokładnie na wprost. Zawołałem Ninę.

- Co teraz? - spytałem. Trzeba to było jakoś ominąć, ale wolałem samemu nie wybierać kierunku. Odkąd pamiętam, moje decyzje w tej kwestii zawsze kończyły się kłótnią z żoną. Najpierw dostawałem wolną rękę, a potem dostawałem opieprz, że źle wybrałem. Dziękuję, postoję.

Nina popatrzyła na ekran, poklikała coś, mruknęła coś pod nosem i wyprostowała się.

- Teraz śniadanie.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na