Dzisiaj jest czwartek, 15 kwietnia 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

015 - Zakopane to nie miasto

poniedziałek, 2015-09-21572

Jeśli jedziesz w góry, żeby sobie w ciszy i spokoju chodzić po szlakach i podziwiać widoki, wybierz się poza sezonem. No chyba, że nastawiasz się na inny rodzaj rozrywki, jakiej często dostarczają inni turyści. Stanowią oni dosyć ciekawą kategorię górskich zjawisk, przez swój brak zrozumienia dla idei wspinaczki i ryzyka z tym związanego i bez pośpiechu ruszają sobie na trasę koło południa. W sumie trudno się dziwić, w końcu mają wakacje a słońce też jest dla ludzi. I rak skóry również. Być może to właśnie wpływ słońca na głowę jest winny różnych takich obrazków, dzięki którym mówi się, że Zakopane to stan umysłu. Przykładów można by mnożyć, ale w sumie wystarczy pooglądać zdjęcia na Facebooku - pełno tam tego po każdych wakacjach.

Schodzimy na przykład z Kasprowego Wierchu szlakiem wzdłuż kolejki linowej i widzimy wyluzowanych panów z fajeczką w jednej ręce i puszką piwa w drugiej.

- Panie, daleko jeszcze na ten Kasprowy? - pytają między jednym a drugim pociągnięciem papierosa. - Bo jeszcze na Giewont byśmy sobie skoczyli.

Panowie w niczym nie przypominali kozic, ze skoków pewnie trenowali tylko te do najbliższego kiosku. Puste puszki są takie ciężkie, że trzeba się ich od razu pozbyć a na Giewont się wybierają. Idące z nimi panienki w cienkich sandałkach i z siateczkami z Biedronki jęczą z każdym krokiem. Zastanawiam się, co w tych siatkach. Kolejne piwa dla Panów?

Innym razem Doliną Strążyską pomyka pewna pani, dla odmiany w szpileczkach, z fajeczką ale za to bez piwa (może już zdążyła wypić). Minęliśmy ją w połowie drogi do Polany, akurat sapała do swojego faceta, że trasa taka trudna i czy nie ma jakiejś łatwiejszej. Aż mi się cisnęło na usta, żeby zaproponować jej Krupówki, ale tam przecież jest bardziej pod górkę niż w Strążyskiej. No chyba, żeby szła tylko w stronę Gubałówki a z powrotem już taksówką.

Wróćmy jednak do Kasprowego, bo kilka babeczek z córkami przebiło wszystkich. Właśnie zaczęliśmy schodzić, więc do szczytu było jakieś dwadzieścia minut.

- Przepraszam pana, daleko jeszcze do tej Hali Gąsienicowej, bo miało tu być gdzieś rozgałęzienie szlaku i nie widać.

- Rozgałęzienie jest na Kasprowym, to już niedaleko.

- Nie nie, my nie idziemy na Kasprowy, to dla nas za wysoko. Chcemy go ominąć.

Rozejrzałem się, czy aby na pewno nie jestem w ukrytej kamerze. Ale nie, wokół tylko setka ludzi z aparatami, kamerami a najczęściej komórkami. Nic podejrzanego.

- Ale na Kasprowym to wy już prawie jesteście. A jedyne rozgałęzienie jest na samym dole, w Kuźnicach.

Chyba mi nie uwierzyły, bo to samo pytanie zadały jeszcze kilku innym osobom. Chciały nawet wracać, ale w końcu ktoś je przekonał, że łatwiej jest już dojść na szczyt, odpocząć i potem sobie spokojnie zejść z drugiej strony. Ale kto je tam wie. A mi przypomniał się dowcip o wariatach uciekających z zakładu otoczonego 100 murami. Znacie?

Swoją drogą to ciekawe, że tak beztrosko weszły sobie na nieznany szlak bez sprawdzenia na mapie, bez pytania czy nawet przeczytania napisów na strzałkach. I tak miały szczęście, mogły zabłądzić w dużo gorszych miejscach.

A my zeszliśmy na dół i po odpoczynku wybraliśmy się na dobry obiad, jeszcze lepsze lody i takie fajne, mrożone azotem kuleczki, od których potem swędzi podniebienie. Na wieczór tradycyjnie dobre piwo, oscypki i bundz. I oczywiście chińskie pamiątki. Bo przeca my cepry jesteśmy.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na