Dzisiaj jest poniedziałek, 27 września 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

029 - Tradycyjne polskie śniadanie

poniedziałek, 2015-11-09632

Na pewno znacie te poranki po weselach, kiedy jedyną myślą jest zakopać się głębiej pod kołdrę, żeby słońce nie świeciło w oczy. Ewentualnie jak napić się wody nie wstając z łóżka.

Mnie to nie dotyczyło. Z wesela, jak większość gości, wyszedłem o świcie, butelkę wody miałem przy sobie. Za to wiele wysiłku kosztowało mnie stawienie czoła kuszącej poduszce, bo wiedziałem, że jak zasnę, to do południa nic mnie nie ruszy a o dziewiątej miałem pociąg do Warszawy. Liczyłem na to, że uda mi się zdrzemnąć po drodze. Co prawda rozważałem dłuższy pobyt w Koninie, zaproszenie na poprawiny było cały czas aktualne, ale wieczorem chciałem być już w domu.

Dzień był pochmurny chociaż ciepły, chyba znowu zanosiło się na deszcz. Wszystkie graty udało mi się spakować do walizki, dzięki czemu plecak znowu był mały i lekki. Dobrze, że od czasu studiów zwiększyłem swój poziom asertywności, zwłaszcza jeśli chodzi o odzew na tajne hasło, dzięki czemu nie cierpiałem teraz tak bardzo, jak to zazwyczaj po weselach bywa. Przezornie kupiłem drugą butelkę wody na drogę.

Miejsce miałem przy oknie, w wagonie bez przedziałów. Trochę jak w samolocie, tylko widoki inne. Ludzi było niewiele, jak to w niedzielne poranki i miałem nadzieję, że ten stan utrzyma się do Warszawy. Ale gdzie tam. Złośliwym zrządzeniem losu już w Kutnie dosiadła się do mnie jakaś starsza kobieta. Naprawdę na cały prawie pusty wagon nie było innych miejsc?

Kobieta nie była gruba, ale i tak z widocznym trudem mieściła się na swoim siedzeniu. Dobrze, że wcześniej podniosłem dzielące nas oparcie. Za to zgodnie z polską tradycją już przed następną stacją wyjęła tradycyjne kolejowe śniadanie: bułki z kiełbasą i serem, pomidor i jajko. Dobrze, że nie z rybą. Ale i tak zapach spowodował u mnie niepokojące skurcze w żołądku. Wiecie, jak to jest po weselach.

Czasami zastanawiam cię, czy podróż koleją powoduje jakieś zniekształcenia czasoprzestrzenne i dwie godziny drogi niektórzy odczuwają jako całodzienną podróż. Od biedy jestem w stanie zrozumieć, że ktoś nie zdążył zjeść o piątej rano. Ale litości, nie przed dziesiątą!

Ale to, co było potem, sprawiło, że utraciłem wiarę w ludzkość. Kobieta zaczęła puszczać bąki. Co prawda nic nie słyszałem, ale… ona jadła jajko! Tego nie dało się z niczym pomylić. Czy ona sama nic nie czuła czy może robiła to specjalnie? Czy nie czuł tego nikt poza mną? Fakt, przy nas nikt nie siedział. Dlaczego ona akurat musiała? Mogłem, jej coś powiedzieć i zrobić trochę obciachu. Mogłem...

Kiedyś pewnie bym tak zrobił. Teraz po prostu wstałem i się przesiadłem. Doszedłem do wniosku, że nie warto robić afery. Jakoś dojechałem.

W Warszawie miałem ponad dwie godziny na zabranie swoich rzeczy z hotelu i powrót na kolejny pociąg do Lublina. Wyrobiłem się w półtorej, łącznie z prysznicem i lekkim obiadem w barze sałatkowym. Nie byłem jeszcze w stanie przełknąć nic treściwszego.

Pozostały czas spędziłem spacerując podziemiami Dworca Centralnego. Pamiętam, jak za młodu uwielbiałem gubić się w tych korytarzach. To były emocje dla dzieciaka, który w Warszawie był tylko kilka razy do roku. Przejazdem do Konina właśnie.

Pamiętam też, że był tam jeden sklep z zabawkami, który wzbudzał we mnie takie emocje, jakich nigdy wcześniej ani później nie uświadczyłem. Mogłem tam godzinami stać i oglądać, ale do zaliczenia były jeszcze ruchome schody, a te też znałem tylko z tego dworca.

A teraz? Strach spuścić dziecko z oczu na pięć minut. Takie czasy...

Sklepu z zabawkami nie znalazłem. Korytarzy i zaułków też jakby mniej niż kiedyś. Zamurowali czy ja urosłem? W każdym razie nie udało mi się zgubić, chociaż przy Marriocie zrobiłem prawie dwa kółka, zanim zorientowałem się, że ten chiński fastfood już widziałem.

Miałem nadzieję, że w drodze do Lublina nie powtórzy się poranna sytuacja.

Nie powtórzyła. Tym razem miałem miejsce w zwykłym przedziale z parą starszego małżeństwa. Oboje czytali książki i na szczęście nic nie jedli. Usiałem i zanim odpłynąłem w niebyt, przytoczyłem w pamięci rozmowę z wujem Mata, który dziwnym zbiegiem okoliczności ma takie samo imię jak ja.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na