Dzisiaj jest czwartek, 15 kwietnia 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

020 - Piętnaście pięter nad ziemią

czwartek, 2015-10-08496

- Nigdy nie byłem biznesmenem... w sensie pracodawcą. Co prawda jestem inwestorem, współwłaścicielem kilkunastu firm, ale to de facto nie są moje firmy. Nie jestem bezpośrednim szefem ludzi tam pracujących. Zresztą to nigdy nie trwa długo, jednych udziałów się pozbywam, inne nabywam. Ważne, żeby nie trzymać się zbyt długo jednego miejsca, bo można się rozleniwić i przegapić ważny moment. Rozumiesz?

- Nie do końca. Jak coś przynosi zysk, to po co się pozbywać?

- Myślisz trochę innymi kategoriami. Co innego mieć pakiecik akcji Google, który co roku daje ci trochę grosza a co innego być mieć naprawdę duży udział. Inna skala.

- Ale jakoś nie słyszałem, żeby twórcy Google się go pozbyli.

- To ich dziecko. Poza tym ich głównym celem jest rozwój firmy, ja po prostu zarabiam na akcjach. Trochę to trudno wytłumaczyć w kilku słowach.

- A co robiłeś na freelansie?

- W zasadzie to samo co teraz, tylko w innej formie. Taki bardziej detal niż hurt. Zresztą próbowałem różnych rzeczy, lubię eksperymentować. Zbierajmy się, jeśli już skończyłeś. Mamy na dzisiaj jeszcze jedną sprawę.

Lało porządnie a żaden z nas nie miał parasola. Kilkaset metrów podjechaliśmy więc taksówką.  Kierowca nie krył zdziwienia, ale to już nie był nasz problem.

Wjechaliśmy na piętnaste piętro. Tomasz udawał, że nie widzi, jak zaciskam ręce na poręczy. W innej sytuacji po prostu zostałbym na dole albo wszedł po schodach, ale nie chciałem robić kichy. Tomasz szybko zniknął za drzwiami zostawiając mnie samego na korytarzu. No, może nie do końca samego, ale seksowna recepcjonistka ukryta za wysoką ladą była bardziej zajęta pracą przy komputerze. Albo Facebookiem. Ciekawe, czy gdybym wyglądał jak milion dolarów, też gapiłaby się w monitor.

Przez kilka minut patrzyłem z góry na mokre miasto. Niesamowity widok. Ciekawe, że boję się jeździć windą, ale nie mam problemu, żeby przykleić się do szyby na takiej wysokości. Zrobiłem sobie rundkę dookoła piętra, ale okna były tylko w tym miejscu. Dziewczyna zerkała na mnie kontrolnie co jakiś czas, ale to była jedyna forma kontaktu. Kij jej w oko. Ja się narzucać i na siłę zabawiać rozmową nie będę.

Miałem trochę czasu, żeby spokojnie obejrzeć sobie gifty od Tomasza. Fajnie, będzie można się trochę polansować, ale do codziennej pracy jednak preferowałem bardziej otwarte rozwiązania. Nic to, darowanemu koniowi i tak dalej.

Znalazłem wolne gniazdka i podłączyłem ładowarki. Pudełka po tablecie i komórce od razu wylądowały w koszu na śmieci, same urządzenia spokojnie zmieszczą mi się w plecaku. Z laptopem będzie gorzej. Postawiłam go sobie na kolanach i przebrnąwszy przez ustawienia związane z pierwszym uruchomieniem, odpaliłem edytor tekstu i zacząłem porządkować notatki i ustalenia z podróży.

Mimo zamkniętych drzwi dobiegały mnie od czasu do czasu podniesione głosy. Jak to bywa w nowoczesnych biurowcach, ściany nie były zbyt grube. Kusiło, żeby przyłożyć ucho, ale obecność recepcjonistki skutecznie zniechęcała, ona sama wyglądała na znudzoną.

Zresztą to nie była moja sprawa. A jeśli temat będzie istotny dla książki, Tomasz sam wszystko wyśpiewa. Ale łatwo się mówi „nie moja sprawa”. Sami wiecie, jak to jest z ludzką ciekawością. Myśli cały czas krążyły i nie bardzo mogłem się skupić na pisaniu. Wyłączyłem komputer i znowu podszedłem do okna. Zmierzchało.

Ciekawe, czy gdyby się oprzeć całym ciężarem, okno wytrzyma czy nie? Jak długo bym leciał? Jakie były szanse przeżycia? A przede wszystkim skąd w mojej głowie takie myśli?

Drzwi otworzyły się gwałtownie i wyszedł Tomasz. Wyglądał na jeszcze bardziej wzburzonego niż podczas rozmowy, jaką odbył przed południem.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na