Dzisiaj jest czwartek, 15 kwietnia 2021
Million - od blogera do millionera

044 - Zaczęło się około dwudziestej

wtorek, 2016-02-09534

Zaczęło się około godziny 20.00 czasu lokalnego. Swoją drogą ciekawie jest mieszkać w kraju posiadającym jedenaście stref czasowych. Trochę to trudne do ogarnięcia przez kogoś, kto przez całe życie tkwił tylko w jednej. A tutaj nie każdy zdąży wyjść z pracy, żeby obejrzeć megahit na Polsacie, czy co tam mają. I jak podają godzinę w ogólnokrajowym radiu?

Jadąc pociągiem zmienialiśmy średnio jedną strefę na dobę. Z Władywostoku do Polski jest jakieś osiem godzin różnicy. Trzeba będzie to wziąć pod uwagę kontaktując się z Majką. Ostatecznie pozostaną nam e-maile.

W każdym razie już godzinę wcześniej zaczął się wzmożony ruch niemal w całym pociągu. Chyba tylko w ostatnim wagonie był spokój, ale tam podobno jechały takie grube ryby, że nie byłem zaskoczony. W sumie to zdziwiłbym się, gdyby w ogóle raczyli wyjść.

Skończyliśmy z Tomaszem pracę i przenieśliśmy się do restauracyjnego, żeby zająć sobie dobre miejsce. Przynajmniej na jakiś czas, bo później nie będzie to miało znaczenia. Jak za starych, dobrych, studenckich czasów. Pistolet zostawiłem bezpiecznie pod poduszką a Tomasz... trudno powiedzieć. Nigdy nie wyglądał, jakby miał go przy sobie, ale w marynarkę mu nie zaglądałem.

Wzięliśmy butelkę wódki Bolchoj (w smaku podobna trochę do Absoluta) i kawior. Wódka była tak zmrożona, że od samego trzymania można reumatyzmu dostać. Nie trzymaliśmy więc dłużej niż to było potrzebne, żeby nalać do kieliszków. Za to kawior... sam nie wiem. Próbowałem go pierwszy raz w życiu. Nigdy nie jadłem nawet niczego podobnego w smaku, nie miałem więc punktu odniesienia. Był słonawy i miał delikatny posmak ryby i tyle w temacie. Umówmy się więc, że smakował jak kawior i tej wersji się trzymajmy. Za to ciekawe było co innego. Malutkie, śliskie kuleczki fajnie pękały po przyduszeniu językiem o podniebienie. Trochę jak „strzelające gumy do żucia” w proszku, jakie kiedyś można było kupić na odpustach. Przez chwilę miałem zabawę jak za dawnych lat. Potem po prostu nakładaliśmy go jak dżem na małą kromeczkę chleba i zagryzaliśmy wódkę.

Nie rozmawialiśmy dużo. Przez ostatnie dwa dni wygadaliśmy się totalnie. Co nie znaczy, że dane nam było posiedzieć w milczeniu kontemplując widoki za oknem i rosę na butelce. Zaraz dosiedli się do nas Iwan z Anatolijem. Wypiliśmy kolejkę ich wódki, potem naszej i zagryźliśmy kawiorem i po chwili byliśmy już dobrymi kumplami, chociaż widziałem ich pierwszy raz w życiu. Gdyby odrzucić całą tę politykę i międzynarodowe niechęci, to prywatnie Rosjanie są całkiem fajnymi ludźmi. Przynajmniej niektórzy.

Przyszło kilka osób z gitarami i akordeonem i zaczęło się robić bardziej muzycznie i swojsko. Gwar narastał i odniosłem wrażenie, że każdy zna się z każdym. Możliwe zresztą, że tak właśnie było a jedynymi obcymi osobami w pociągu byliśmy tylko ja i Tomasz. Nie powiem, dziwnie się poczułem po tej myśli. Trochę jak w zamku u Drakuli. Niby wszystko fajnie i radośnie ale w razie czego nie ma dokąd uciec.

Chwilowo miałem też inne zmartwienie. Wieczór się jeszcze dobrze nie zaczął a mi już szumiało w głowie. Muszę przystopować, jeśli chcę wytrwać w całości. Najgorzej, że tradycja, z którą zetknąłem się na weselu Klaudii, była nie tylko polska. No bo jak mógłbym odmówić na pytanie: „Szto? Sa mnoj nie piti?”. No po prostu nie mogłem. Pozostało albo trudne kombinowanie, żeby w kieliszku mieć zawsze wodę albo jeszcze trudniejsze lawirowanie między ludźmi, żeby nie wpadać na nikogo chętnego do zacieśniania bliższych więzi.

Zastanawiałem się właśnie nad wymyśleniem dobrego pretekstu, żeby wrócić do przedziału, kiedy zauważyłem Ninę. Ona też mnie zauważyła i ruszyła w naszą stronę.

Skomentuj

Czytaj dalej