Dzisiaj jest poniedziałek, 27 września 2021
Million - od blogera do millionera

042 - Spróbuj zgłuszyć jakąś Rosjankę

niedziela, 2016-01-24509

- No żesz twoja w dupę mać - zakląłem pod nosem schylając się po Walthera.

Ręce tak mi się trzęsły, że gdybym trzymał karton z mlekiem, spokojnie ubiłbym masło. Dopiero za trzecim podejściem udało mi się podnieść pistolet. Wyjąłem magazynek i schowałem wszystko do pudełka. Dobrze, że dywan był miękki, podobno broń lubi czasami sama wystrzelić a ja bardzo nie chciałbym być przy tym.

Tomasz tylko stał, patrzył i kręcił głową uśmiechając się pod nosem. Dopiero po dłuższej chwili wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

- Fakt, Bondem to ty nie jesteś - stwierdził siadając. Czy była w tym jakaś złośliwość?

Mądrala. Ciekawe, czy też by tak cwaniaczył będąc na moim miejscu. Zmęczony, zdenerwowany i pierwszy raz doświadczający nowych i, powiedzmy sobie szczerze, dosyć ekstremalnych sytuacji. Właśnie do mnie dotarło, że od samego rana jadę na maksymalnych obrotach. Miałem wrażenie, jakby minęło kilka dni a przecież jeszcze rano byliśmy w Warszawie.

Tymczasem niebo pociemniało a my pędziliśmy na wschód w ciemność rosyjskich stepów, pustkowi i innych takich.

- Nie rób tego więcej, bo najpierw cię postrzelę a potem sam zejdę na zawał.

- Niby czego mam nie robić? Nie wchodzić do własnego przedziału?

Wzruszyłem ramionami, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Schowałem pudełko do schowka pod siedzeniem z zamiarem nie wyjmowania go, jeśli to nie będzie naprawdę konieczne. To było chyba najbezpieczniejsze miejsce na takie zabawki. Usiadłem i zacząłem powoli odpływać.  Koła pociągu stukały miarowo i kojąco.

- Postaraj się jeszcze nie zasnąć, zaraz przyniosą kolację - powiedział Tomasz uświadamiając mi, że od śniadania nic nie jadłem i do herbaty nie wziąłem nawet ciastka.

Wkrótce przyniesiono nam posiłek. Normalnie pewnie byłbym zawiedziony, że nie jest to nic klasycznie rosyjskiego, ale tym razem zwykłe kanapki pochłaniałem jak królewską ucztę. Ale w sumie czego miałem się spodziewać? Kawioru?

- No i co teraz? - spytałem między jednym kęsem, a drugim.

- Nic. Jedziemy - odparł. Nie wyglądał na specjalnie głodnego. Możliwe, że coś przekąsił w czasie, gdy ja na lotnisku walczyłem o przeżycie.

- I tak przez tydzień będziemy siedzieć na dupie?

- Będziemy pracować nad książką i podziwiać widoki za oknem. Możesz też wyjść na grzyby do lasu, jeśli chcesz.

- Bardzo śmieszne - mruknąłem.

- No ale co ty do cholery chcesz robić w tej puszce? Póki co to jest najszybszy sposób dostania się na miejsce. A po drodze będzie kilka postojów, więc kupisz sobie pielmieni i pamiątki.

- Co to pielmieni?

- Zobaczysz. A jak cię przyciśnie, możesz spróbować zgłuszyć jakąś Rosjankę. Tymczasem masz prąd i internet. Potrzebujesz czegoś więcej?

Odruchowo pomyślałem o Ninie. Nie żebym miał do niej coś konkretnego, tym bardziej że wymieniliśmy zaledwie kilka zdań. Możliwe nawet, że więcej się nie zobaczymy, ale to było chyba trudne do zrealizowania na tak ograniczonej przestrzeni. No chyba, żebym przez całą drogę nie wychodził z przedziału.

Za to faktycznie był to najlepszy czas, żeby porządnie ogarnąć temat książki a nie tak po łebkach jak do tej pory. Nie wiadomo, kiedy się trafi kolejna taka okazja. W otoczeniu Tomasza działo się zbyt wiele. Pytanie, czy zawsze czy tylko wtedy, gdy ja z nim byłem.

Znowu zacząłem odpływać, tym razem już na dobre. Nawet nie pamiętam, czy umyłem chociaż zęby. Tomaszu, łapy precz od mojej nerki!

Skomentuj

Czytaj dalej