Dzisiaj jest czwartek, 15 kwietnia 2021
Million - od blogera do millionera

041 - Wyglądam jak Bond?

czwartek, 2016-01-14472

Rozmowa trochę utknęła. Być może Nina oczekiwała ode mnie jakiejś inicjatywy a ja... po  prostu nie znałem języka. Dosłownie brakowało mi słów. Ale przecież chyba musiała się zorientować, że nie jestem Rosjaninem? Cóż, mieliśmy jeszcze cały tydzień wspólnej podróży. Może będzie okazja się dogadać.

Opuściliśmy już Moskwę i jechaliśmy przez pola, łąki i małe wioski. Wszystko wyglądało na razie jak w Polsce, co mnie trochę zdziwiło. Podświadomie chyba oczekiwałem drewnianych chatek jak w starych rosyjskich bajkach. Możliwe, że gdzieś dalej takie będą ale do Uralu mieliśmy jeszcze kawałek drogi.

Nina dokończyła swoją herbatę, ja byłem dopiero w połowie. Wstając obiecała, że na pewno jeszcze się zobaczymy, bo w drodze są zawsze fajne imprezy i wszyscy biorą udział. Wyobraziłem sobie rosyjską, integracyjną imprezę w pociągu. Co jak co ale Rosjanie bawić się potrafili. Znałem kilku na studiach i robili najlepsze piętrówki w całym akademiku. Trochę mnie martwiła ich duża kondycja alkoholowa, bo to oznaczało, że kiedy oni będą lekko wstawieni, ja już dawno zaliczę zgon. Co prawda rekord promili i tak należał do Polaka, ale ja akurat znacznie odstawałem od normy. W sumie powinienem się tylko cieszyć, ale...

A może lepiej sobie odpuścić i zająć się pracą albo przynajmniej blogiem? Miałem o czym pisać a przy takiej intensywności przygód jeśli nie będę notował na bieżąco, za tydzień prawie wszystko zapomnę.

Dokończyłem herbatę robiąc w międzyczasie telefonem kilka zdjęć. Bardzo mi brakowało porządnego aparatu. Jakkolwiek by fanboje Apple nie wychwalali swojego sprzętu, mała matryca to marne zdjęcie bez dwóch zdań. I żadne dodatki czy genialny soft tu nie pomogą.

Wróciłem do przedziału. Po drodze jeszcze raz spotkałem Ninę. Zapukała do mnie z przedziału za szklanymi drzwiami, uśmiechnęła się i pomachała ręką. Odmachałem jej i zapamiętałem numer przedziału, chociaż w sumie nie wiem po co. Przecież nie będę do niej przychodził.

Tym razem Tomasz wyszedł na przechadzkę. Możliwe, że nawet w tym samym celu co ja. Rozpakowałem walizkę, bieliznę wrzuciłem do podręcznej szafki, komputer i notes położyłem na stole. Resztę schowałem do schowka pod łóżkiem. Dopiłem sok, który już zdążył się zagrzać i opróżnioną butelkę wcisnąłem do niewielkiego śmietnika pod oknem. Na tak długą podróż był stanowczo za mały, na szczęście foliowe worki to nie tylko zachodni wymysł. W jednej z szafek znalazłem całe nowe opakowanie.

Wyjąłem pistolet i zacząłem go oglądać. Fajna rzecz, chyba jak każdy facet zawsze chciałem mieć własny. Tylko absolutnie nie miałem ochoty używać go w celu, do jakiego został stworzony. Jakaś strzelnica jak najbardziej, ale nic poza tym. A obsługi powinienem się uczyć pod okiem instruktora a nie sam, w rosyjskim pociągu, którym podróżowałem nie do końca legalnie.

Nie miałem jednak wyjścia, trzeba się było z Waltherem zapoznać. Rozłożyłem go i złożyłem, jak wcześniej pokazywał Tomasz. Załadowałem magazynek, wprowadziłem nabój do lufy a następnie całość rozładowałem. Palec przezornie trzymałem z dala od spustu. Nie byłoby fajnie, gdyby przypadkiem wystrzelił. Co prawda nie odbezpieczałem go ale nigdy nic nie wiadomo. W rękach laika podobno każda broń jest niebezpieczna. A może by tak olać naboje i trzymać sam pistolet jak atrapę? Nie sądzę, żebym w sytuacji zagrożenia umiał go sprawnie i efektywnie użyć. A tak przynajmniej nikogo przypadkiem nie postrzelę. Najlepiej niech leży pod poduszką. Znając moje szczęście przy pierwszej okazji wypadłby mi z kabury.

Jeszcze raz załadowałem magazynek. Co by nie mówić, dźwięk zatrzaskiwania był zajebisty nie tylko na filmach. Stanąłem przed lustrem i wycelowałem w swoje odbicie.

- I'm Bond. James Bond. I'll kill you. - powtórzyłem to na kilka sposobów, chociaż Bond nigdy nikomu tak nie groził, ale też ja w najmniejszym stopniu go nie przypominałem.

Wtedy otworzyły się drzwi do przedziału. W panice wypuściłem pistolet, który upadł na podłogę.

Skomentuj

Czytaj dalej