Dzisiaj jest wtorek, 28 września 2021
Million - od blogera do millionera

040 - Nina

sobota, 2016-01-09665

Wkrótce pociąg ruszył a ja wybrałem się na spacer, chociaż tak naprawdę mój właściwy cel był nieco inny. Nasz wagon był przedostatni w składzie, nie musiałem się więc zastanawiać, w którą stronę iść. „Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja” jak mawiał klasyk.

Po drodze mijałem zamknięte przedziały, ale nie na szklane drzwi, do jakich byłem przyzwyczajony w Polsce, ale takie w pełni drewniane, zdobione ornamentami przy krawędziach. Takie przedziały zapewniały intymność pasażerom. Sam korytarz nie ociekał jakimś przepychem, ale czuć było dyskretny luksus. Delikatne, niegdyś złocone zdobienia, firanki, czyste szyby w oknach, zielona wykładzina we wzorki.

Następny wagon okazał się taki sam jak nasz, za to kolejne dwa już bardziej przypominały polskie. Na podłodze linoleum, na ścianach jakaś tania okleina i przeszklone drzwi do przedziałów. Przechodząc zerknąłem do środka. Klasyczna kuszetka, jaką ostatni raz jechałem mając kilka lat. Siedzenia można było rozłożyć do łóżek, dwa kolejne były przypięte do ściany. Idealne dla czteroosobowej rodziny lub paczki znajomych.

Dotarłem do wagonów restauracyjnych (też były dwa). W niczym nie przypominały polskich Warsów, wyglądały raczej jak pub. Pluszowe fotele i kanapy, stoliki przykryte obrusem, całkiem nieźle zaopatrzony bar. Jak na pociąg to więcej niż nieźle.

Dalej zaczynały się znane mi z internetu wagony bezprzedziałowe. Przez chwilę stałem przy drzwiach zastanawiając się, czy iść dalej ale sobie odpuściłem. Taki bezcelowy spacer chyba nie byłby dobrze widziany. A w którymś z następnych wagonów byli żołnierze. Ostatnią rzeczą o jakiej marzyłem, było tłumaczenie się, po co tam łażę.

Wróciłem do baru i zamówiłem herbatę z prawdziwego samowaru oraz zimny sok z lodówki. Nie lubię pić gorącego, więc czekając na herbatę sokiem ugasiłem w końcu pragnienie i zabiłem paskudny niesmak po wodzie.

Prawdziwy rosyjski czaj otrzymałem w prawdziwej rosyjskiej szklance, z ozdobnym metalowym koszyczkiem i równie ozdobną łyżeczką. Od wielu lat nie trzymałem takiej szklanki w ręce. Miałem uraz po tym, jak kiedyś mi pękła podczas mycia. Kubki są zdecydowanie bezpieczniejsze i można kupić takie w rozmiarze XXL, dzięki czemu zawartość wystarcza na dłużej. Nie słodzę, ale zamieszałem, żeby przyspieszyć stygnięcie. Przez chwilę kontemplowałem wzorki na łyżeczce.

- Eta miesta swabodna? - niespodziewane pytanie wyrwało mnie z zamyślenia. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, po drugiej stronie stolika usiadła ładna czarnowłosa dziewczyna. Taka, której trudno oszacować wiek, więc równie dobrze mogła mieć trzynaście jak i dwadzieścia trzy lata, chociaż wyglądała na osiemnaście. Jak to mówią, z łóżka by nie wygonił.

- Kanieszna.

- Spasiba. Ja Nina.

- Andriej - podaliśmy sobie dłonie zapoznawczo.

- Wy sobirajecies do Władywastoka?

- Da.

- Ja toże. Do mamy. A wy?

- Praznik - odparłem zgodnie z prawdą. To w sumie Tomasz jechał w interesach. A ja... Trudno powiedzieć, czy praca, czy wakacje, czy przygoda. Na razie za dużo się działo, żeby można było mówić o odpoczynku, ale do samej pracy też się jeszcze zbytnio nie przyłożyłem.

Herbata prawie nadawała się do picia, zacząłem więc pociągać małe łyczki. Nina wypiła już prawie połowę swojej. Chyba miała ceramiczne gardło jak Majka. Podczas kiedy dla niej herbata była już za zimna, mnie wciąż parzyła. Ale za to potem mogłem ją pić pół dnia.

- Szto wasza prafiesja? - spytała po dłuższej chwili.

- Pisatiel - przez chwilę zastanawiałem się czy to prawda, bo przecież wciąż niewiele napisałem. Ale w sumie kto to będzie sprawdzał? - A wasza?

- Aktrisa.

Skomentuj

Czytaj dalej