Dzisiaj jest czwartek, 15 kwietnia 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

043 - Notatników i piór nigdy za dużo

sobota, 2016-01-30490

Przez kolejne dni w końcu robiłem to, do czego zostałem wynajęty. Pytałem, słuchałem, notowałem, nagrywałem. Niemalże z nabożeństwem rozdziewiczyłem mój nowy Moleskine Classic w czarnej okładce. Pewnie, śmiejcie się ze mnie. Wiem, że jakiś czas temu ostro pojechałem po fanboyach Apple a teraz sam się podniecam jakimś tam zeszytem. Ale Moleskine wśród notatników to właśnie taki MacBook wśród laptopów albo Bentley wśród samochodów tylko lepszy. I obowiązkowo Waterman, żaden długopis czy jakieś żelowe gówno. Każdy ma swoje pasje i zboczenia a ja nigdy nie powiem, że mam wystarczająco (lub co gorsza, za dużo) notatników i piór. Zdradzę Wam w tajemnicy, że dla niektórych świrusów pierwsze linie kreślone Watermanem w nowym Moleskinie można porównać tylko... no właśnie, do czego? Ja się nie przyznam.

W ciągu dwóch dni zapełniłem prawie jedną trzecią notatnika a na komórce miałem już ponad dziesięć godzin nagranych rozmów. Zastanawiam się, jak ja to wszystko ogarnę. No cóż, będę się martwił, kiedy przyjdzie na to czas. Teraz trzeba było się skupić na zebraniu jak największej ilości informacji, bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna taka szansa.

Jako, że nie samą pracą człowiek żyje, robiliśmy sobie przerwy, bo ileż można siedzieć? Nogi  domagały się rozruszania, kręgosłup rozprostowania, nie mówiąc o innych częściach ciała. Na krótszych trasach można dostać pierdolca a co dopiero tutaj. Siedzenie cały dzień w przedziale jest wyłącznie dla masochistów.

Wychodziliśmy czasami razem, czasami osobno. Tomasz dwa razy dziennie przeprowadzał wideokonferencje i wtedy kategorycznie mnie wyganiał z przedziału (ciekawa odmiana po tym, jak wcześniej wtajemniczał mnie w tak wiele spraw). Innym razem sam wychodził i dla odmiany ja sprawdzałem pocztę albo łączyłem się z Majką i Alą, jeśli akurat były przy komputerze. Tęskniłem za nimi, jakby minął co najmniej tydzień a nie kilka dni.

Napisał do mnie Ryszard po spotkaniu z wujem Andrzejem. Śmieszna sprawa, dla żadnego z nas nie był wujem a jednak obaj tak go nazywaliśmy. Możliwe, że niektórzy ludzie mają tak charakterystyczny sposób bycia, że odruchowo przypisuje się im daną rolę.

W każdym razie Ryszard wydawał się być bardzo zadowolony z rozmowy i ustaleń z wujem. Pochwalił się, że wkrótce zaczyna pisać konspekt scenariusza i jest tym faktem bardzo nakręcony. Odpisałem mu, że w takim razie wisi mi flaszkę, chociaż wiedziałem, że i tak to zrobi a potem ją razem rozpracujemy. Kurcze, a mogłem jego wysłać z Tomaszem i samemu zająć się wujem. Miałbym bliżej do domu i dziewczyn i na pewno nie spałbym z pistoletem pod poduszką. Co prawda wydarzenia sprzed kilku dni nieco zblakły i wydawały się tylko koszmarnym snem, ale zdawałem sobie sprawę, że jeszcze dużo przed nami. Nie byliśmy przecież jeszcze nawet w połowie drogi! Ryszard padnie, jak mu o tym wszystkim opowiem.

Gdy była moja kolej na samotny spacer, robiłem sobie dwie rundki do restauracyjnego i z powrotem robiąc od czasu do czasu zdjęcia przez okno. Minęliśmy między innymi Kirow, Nowosybirsk i Krasnojarsk. Teraz jechaliśmy w kierunku Irkucka. Od wczoraj byliśmy już w Azji, ale jakoś niespecjalnie mnie to ruszyło, chociaż byłem od domu dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Kiedyś myślałem, że coś takiego będzie dla mnie ogromnym przeżyciem, tymczasem nie czułem nic specjalnego. Naprawdę bardziej byłem podekscytowany pisząc pierwsze słowa w Moleskinie.

Krajobraz niewiele się zmienił, poza tym, że jechaliśmy albo przez las albo przez wielkie nic. Jedynymi oznakami cywilizacji były nieliczne miejscowości mijane kilka razy dziennie. Nazywanie ich miastami było zdecydowanie na wyrost. Przerażała mnie myśl, że gdyby teraz nagle coś się z nami stało, przez długi czas nikt się o tym nie dowie. Czy to na wypadek takich sytuacji towarzyszyło nam wojsko?

Swoje rundki kończyłem w restauracyjnym, najczęściej przy herbacie. Kilka razy spróbowałem piwa i, prawdę mówiąc, nie dziwię się, że Rosjanie wolą wódkę. Ani razu nie spotkałem też Niny. W sumie mogłem pójść do jej przedziału, ale jakoś nie miałem motywacji. W końcu doszedłem do wniosku, że jak będzie trzeba to sama się znajdzie.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na