Dzisiaj jest niedziela, 19 listopada 2017

057 - Nina się nie patyczkuje

piątek, 2016-12-1678

Nina zaczęła im powoli tłumaczyć, że powinni nas zostawić i odejść w pokoju dla własnego dobra. Brzmiało to trochę tak, jakby wyjaśniała przedszkolakowi, dlaczego nie powinien się bawić zapałkami. Ale i tak nie zrozumieli albo nie uwierzyli, bo jeden z nich klepnął ją w tyłek. Chwilę potem leżał na ziemi krzycząc z bólu i trzymając się za krwawiący i chyba złamany nos.

Swoimi krzykami mogli ściągnąć innych tubylców, z jeszcze bardziej nieproszonym patrolem milicji włącznie
Zatweetuj

Rozejrzałem się nerwowo, bo w końcu takie krzyki mogły ściągnąć innych nieproszonych tubylców, z jeszcze bardziej nieproszonym patrolem milicji włącznie. Na szczęście nikogo to chyba nie interesowało. Możliwe, że takie sytuacje są tutaj na porządku dziennym, w końcu co kraj to obyczaj. U nas zresztą też są takie okolice, gdzie lepiej pilnować swojego nosa i udawać, że nic się nie dzieje. Dla własnego dobra, jak to określiła Nina.

Pozostali napastnicy chyba nie bardzo wiedzieli co się właściwie stało i zamarli zaskoczeni. Wykorzystałem tę chwilę, wyrwałem swój plecak i założyłem na oba ramiona. Korciło mnie, żeby wyciągnąć pistolet, ale to chyba nie był najlepszy pomysł. Wyglądali na takich, którzy też mają spluwy i, co więcej, używają jej szybko i bez zastanowienia. Czułem, jak coraz mocniej drży mi się kolano i nie mogłem tego powstrzymać. Zacisnąłem pięści i modliłem się, żeby nie dołączyć do leżącego gościa. Zdaję sobie sprawę, że to niemęskie, ale kwestię wyciągnięcia nas z tej sytuacji postanowiłem zostawić Ninie.

Ona nie miała takich skrupułów jak ja i na pewno nic jej nie drżało, bo chwilę później na ziemi leżał drugi z nich. Również krzyczał, ale dla odmiany trzymał się za złamaną (to chrupnięcie zapamiętam na długo) rękę. Trzeci miał już w tym czasie pistolet przyłożony do czoła. Zanim więc czwarty zdążył jakoś zareagować, zaryzykowałem i z całej siły kopnąłem go w krocze. Tak, wiem, to również bardzo niemęskie a na pewno mało sportowo zagrane, ale sama sytuacja była mało sportowa, więc trzymanie się jakichkolwiek zasad mijało się z celem. Walka o przetrwanie to nie gra w szachy. Poza tym musiałem coś zrobić z trzęsącą się nogą. Trochę ruchu pozwoliło mi ją uspokoić.

Tak więc kolejny osobnik dołączył do leżących kolegów. Ten nie krzyczał tylko zwinął się i cichutko popiskiwał. Przez ułamek sekundy zrobiło mi się go szkoda, ale szybko się zreflektowałem, że on na pewno nie miałby takich dylematów. Przecież chciał mi zabrać plecak!

Nina kopnęła w bok zwijającego się gościa i do kupki żelastwa dołączył czwarty pistolet i jeszcze jeden nóż
Zatweetuj

Nina spokojnym głosem (jakby zupełnie nic się nie stało) poprosiła o oddanie wszystkich niebezpiecznych przedmiotów. Chłopaki przez chwilę udawali, że nie wiedzą o co chodzi, ale w zrozumieniu bardzo pomogło nadepnięcie jednemu na dłoń i odbezpieczenie broni. To charakterystyczne kliknięcie ma naprawdę magiczną moc w takich sytuacjach. Dosyć szybko na ziemi pojawiło się pięć nożów i trzy pistolety. Nina kopnęła w bok zwijającego się gościa i razem z głośniejszym jękiem do kupki żelastwa dołączył czwarty pistolet i jeszcze jeden nóż.

Następnie kazała chłopakom odejść z godnością, bo kończy jej się cierpliwość. Tamci podnieśli się z jękiem (oprócz tego, który ciągle miał broń przyłożoną do głowy) i wzajemnie sobie pomagając, oddalili się powoli i kuśtykając wkrótce zniknęli za jednym z bloków. Na nas też już była najwyższa pora.

Zanim jednak ruszyliśmy w przeciwną stronę, Nina rozładowała wszystkie pistolety, potem rozłożyła je na części, które rzuciła daleko przed siebie. Magazynki schowała do kieszeni. Zostawiła też dwa największe noże (jeden dała mnie), a resztę wrzuciła do najbliższego śmietnika.

Przyznaję, jestem trochę gadżeciarzem i taki prezent zawsze jest miło widziany. Z drugiej strony z przerażeniem dotarło do mnie, że prawdopodobnie będę zmuszony go użyć. A przecież ja do niedawna byłem freelancerem, który praktycznie nie ruszał się sprzed komputera! Teraz pojęcie „wolnego strzelca” czy wręcz „najemnika” nabrało dużo mniej przyjaznego znaczenia.

Zanim znaleźliśmy osiedlowy sklep, który przynajmniej z zewnątrz wyglądał, jak żywcem przeniesiony z naszego PRLu, Nina wykonała kilka telefonów. Z satysfakcją oznajmiła mi, że wkrótce będziemy mieli transport. Potem weszliśmy do środka.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na