Dzisiaj jest czwartek, 15 kwietnia 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

031 - Na drugi koniec świata?

wtorek, 2015-11-17451

Zanim jeszcze dojechałem do Lublina, zadzwonił Tomasz. Wyszedłem na korytarz, bo wiecie, kultura i takie tam. Sam nie lubię, jak ktoś przy mnie nawija, więc ja też staram się tego nie robić. Zresztą miałem dziwne przeczucie, że mnie Tomasz czymś zaskoczy. I nie myliłem się.

- Jesteś w Warszawie? - spytał.

- Raczej nie. Właśnie dojeżdżam do domu. Chciałem w końcu przysiąść i spokojnie uporządkować notatki, rozplanować rozdziały. Coś pilnego?

- W sumie... tak. Za tydzień lecę do Władywostoku. Chciałbym, żebyś poleciał ze mną.

Dobrze, że korytarz był wąski, to miałem blisko do ściany, żeby się oprzeć. Zabił mnie tym jak kiedyś porannym żarcikiem dosyć niskich lotów. Nie wiedziałem, gdzie dokładnie jest Władywostok, tyle że gdzieś w Rosji, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami... Bardzo daleko w każdym razie.

- Tego u Ruskich? - upewniłem się, bo równie dobrze mogła to być jakaś dziura pod Warszawą o podobnej nazwie. Ale tam to chyba by nie leciał.

- Tak.

- Bardzo jestem potrzebny? Młoda ma niedługo urodziny. Nie mogę tego przegapić, sam rozumiesz.

- Kiedy?

- Pojutrze.

- Damy radę. Bądź w Warszawie w piątek i daj znać, jak już będziesz, to się spotkamy. Przesyłam ci na maila listę niezbędnych rzeczy. To jednak nieco większa wyprawa. Paszport masz aktualny?

- Mam. Chyba... Muszę sprawdzić.

- Sprawdź. Odezwij się, jak już będziesz w domu.

Przytuliłem głowę do szyby i zamknąłem oczy. No to nieźle. Nie żebym miał coś przeciwko takiej wycieczce, ale informacja o takim wyjeździe z tygodniowym wyprzedzeniem potrafi nieźle zaskoczyć.

Wkrótce dojechaliśmy do Lublina. Było jeszcze jasno, więc do domu poszedłem o własnych siłach, nie miałem daleko. Młoda jeszcze nie spała, więc najpierw ją wyściskałem, zanim pozwoliła mi zdjąć buty. Majkę wyściskałem chwilę później, chociaż nie wykazywała już takiego entuzjazmu jak Ala. Co tu dużo mówić, dzieci są bardzo kochane. I jeszcze bardziej bezpośrednie.

- O! Walizka! - zauważyła. - Co tam dla mnie jest w środku?

Kiedyś nawet z takich krótkich wyjazdów przywoziło się podarki, bo na prowincji prawie nic nie było. Nawet zwykłych bananów. Co prawda teraz też w Warszawie widziałem rzeczy, o których istnieniu nawet nie miałem wcześniej pojęcia. Ale przecież w internecie można kupić wszystko. Trochę to odarło z magii krajowe podróże. Szkoda tylko, że nie było już tego fantastycznego sklepu z zabawkami w podziemiach Dworca Centralnego. Musiałem odwiedzić Matrasa.

- Tu dla ciebie jest książeczka - powiedziałem wyjmując rzeczoną. - Wierszyki i obrazki do nauki literek. A ty poznałaś jakąś nową literkę?

- M jak mamika! - wykrzyknęła, dała mi buziaka i zabrała książeczkę.

Korciło, żeby pobyt w domu zacząć od komputera (kiedyś pewnie bym tak zrobił), ale teraz udało mi się powstrzymać. E-mail od Tomasza będzie musiał poczekać do jutra.

Wziąłem szybki prysznic i utuliłem Alę do snu, co nie było proste. Dzieci mają niespożyte pokłady energii, którą chyba czerpią bezpośrednio z kosmosu. Udało się to dopiero po odśpiewaniu wszystkich znanych nam piosenek i przeczytaniu prawie całej nowej książeczki.

Wieczór chciałem mieć już tylko dla Majki.

Niestety, nie udało się...

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na