Dzisiaj jest poniedziałek, 27 września 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

017 - Komu w drogę, temu porsche

poniedziałek, 2015-09-28488

- Tylko na kilka godzin, wieczorem wracamy. Masz przy sobie wszystko, co potrzeba? Nie chciałbym tracić czasu na dojazd do twojego hotelu.

- Wszytko - potrząsnąłem małym plecakiem. Kasa, dokumenty, telefon, kilka drobiazgów. Jeśli to tylko jeden dzień, to ubrań nie potrzebowałem. Wrzuciłem do plecaka pudełko z iPhonem, pozostałe wziąłem pod pachę. Skoro moje to nie oddam. Tomasz zarzucił na ramię swoją torbę z laptopem.

- Jesteś pewien, że mogę jechać? No wiesz, z moim wyglądem za parę stów.

- Spokojnie, tu akurat nie ma problemu. Poza tym po drodze będę chciał omówić już wstępne założenia książki. Po co tracić czas?

Wyszliśmy z kawiarni. Zaczęło trochę kropić i cały pięknie zapowiadający się dzień szlag trafił. Żaden z nas nie miał parasola. Chociaż nie zapowiadało się na porządny deszcz, to słońca też już raczej nie oczekiwałem, niebo było zbyt mocno zachmurzone.

Zdziwiłem się, że Tomasz nie skierował się na najbliższy parking, ale może zatrzymał się gdzieś dalej? Jednak jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy zeszliśmy pod ziemię.

- Metrem? Do Poznania? - spytałem.

- Do mnie po samochód. Nie tłukę się nim po mieście jeśli nie mam takiej potrzeby. A nie jestem jasnowidzem, nie wszystko jestem w stanie przewidzieć.

Tomasz mieszkał w apartamentowcu blisko końcowej stacji na Kabatach. Nie dziwię się, że preferował metro, niczym innym nie dostałby się szybciej do centrum. A korków nawet milioner nie przeskoczy. Za to samochód stojący na podziemnym parkingu zaskoczył mnie już bardzo pozytywnie - czarny porsche 911. Za siedzeniami było akurat tyle miejsca, żeby wrzucić nasze graty. Ruszyliśmy z kopyta. Szybko wyskoczyliśmy na główną drogę i już kilkanaście minut później mijaliśmy Pruszków.

Tomasz jechał szybko, ale pewnie i nie popisywał się, jak większość posiadaczy drogich aut. No wiecie, tacy debile, którym się wydaje, że mogą wszystko, byleby tylko zaimponować lasce. Niektórym może od tego wydłuża się penis. Na szczęście ja laską nie byłem a Tomasz nie miał kompleksów. Zauważyłem też, że skutecznie tłumił próby wyprzedzania na trzeciego czy zajeżdżania nam drogi.

- Co się właściwie stało? - spytałem gdy wyjechaliśmy już na prostą.

- Paru gości zrobiło brzydką rzecz i należą im się bęcki.

- A bez metafor? - zacytowałem mój ulubiony film.

- Bez metafor to należałoby im jaja obciąć za samowolkę, ale prawo na to nie pozwala. Kilku członków zarządu podjęło decyzje bez wiedzy i zgody pozostałych. Szczegółów sam jeszcze nie znam i nie wiem, czy czy chcieli ukręcić własne lody czy coś innego. Faktem jest że im nie wyszło i trzeba coś z tym fantem zrobić.

- Betonowe buty? - zażartowałem, ale Tomasz chyba nie załapał, bo spojrzał na mnie dziwnie.

- Nie jesteśmy mafią. Ale sądzić się też nie będziemy. Takie sprawy załatwia się we własnym gronie. Zresztą zobaczymy na miejscu. Zajmijmy się może książką, to pozwoli mi zająć czymś umysł. Wolisz notować, czy nagrywać?

Wyjąłem notes i komórkę z dyktafonem, żeby mieć pewność, że nic mi nie umknie. Następne półtorej godziny zeszło nam na ustalaniu struktury książki. Jak za dawnych, szkolnych czasów: plan ogólny i szczegółowy. Znam ludzi, którzy uważają to za głupotę i wolą iść na żywioł. A przecież wiadomo, że brak planu to najlepszy sposób, żeby zaplanować porażkę, czy jakoś tak. Konspekt to podstawa, nie tylko przy pisaniu.

Dojeżdżaliśmy do Konina, kiedy usłyszałem stłumiony huk i samochód zaczął dziwnie pływać. Tomasz zaklął i zjechał na pobocze. Wyszliśmy na zewnątrz.

- Szlag by to trafił - warknął. - Złapaliśmy gumę.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na