Dzisiaj jest wtorek, 07 lutego 2023
AndigoCytaty motywacyjneStwórz sobie własną chmurę tagów
Jak spędziłem święta we Lwowie

Jak spędziłem święta we Lwowie

poniedziałek, 2020-01-131872Fotografia, Na luzie

Większości z nas święta kojarzą się raczej z przygotowaniami do nich: sprzątaniem, gotowaniem, myciem okien i tradycyjną „awanturą o nic”. Nienawidziłem tego, bo człowiek zamiast odpocząć, to się tylko stresował. W tym roku skorzystałem z okazji, żeby święta spędzić całkiem inaczej.

Ten wpis ma więcej niż jedną stronę:
« 12345

Piątek

Tym razem udało mi się wstać przed ósmą. Po południu miałem autobus do Polski, a przed wyjazdem planowałem jeszcze trochę pokręcić się po Rynku i zrobić zakupy do Polski. Temperatura znacznie się obniżyła i znowu padał deszcz, czasami nawet ze śniegiem. W pokoju też było dużo chłodniej (kaloryfery oczywiście zimne) i nie chciało mi się wyłazić z łóżka. Dobrze, że to był już ostatni dzień.

Śniadanie znowu zjadłem w Lviv Croissant, tym razem na Rynku. Bardzo ładny lokal, z antresolą, gdzie zamówione jedzenie przynoszą kelnerki. Było sucho, ciepło i przytulnie i gdybym mógł, to spędziłbym tu co najmniej pół dnia pijąc kolejne kawy i próbując kolejnych croissantów i podziwiając miejscowy folklor. Nieopodal mnie usiadła śliczna Ukrainka i gdybym tylko nie był taki nieśmiały w stosunku do kobiet... Ale skończyło się tylko na zrobieniu zdjęcia z ukrycia i dwóch croissantach. A potem wyszedłem na ten nieprzyjazny, mokry i zimny świat na zewnątrz.

Lwów - Ukrainka

Na kiermaszu kupiłem Medowuchę i ogromny, pamiątkowy kubas, w którym mogę zrobić kawę na pół dnia i jeśli ktoś mnie zapyta, ile jej wypiłem, to z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć, że tylko jeden kubek. Nikt nigdy nie pyta o pojemność.

Pewien problem pojawił się na dworcu. Marker na mapce wydrukowanej na bilecie pokazywał zupełnie inne miejsce, niż to, w którym wysiadałem, chociaż wciąż w okolicy dworca kolejowego. Rok temu, gdy byłem na Teneryfie, marker hotelu (całkiem sporego) znajdował się w samym środku pola golfowego i w efekcie szukałem go ponad godzinę dłużej niż powinienem. W zasadzie to nawet minąłem go zaraz po wyjściu z autobusu. Tylko o ile tam hotel nigdzie się nie wybierał, to tutaj autobus na mnie nie poczeka, jeśli okaże się, że jednak marker nie stoi prawidłowo. W dodatku znowu zaczął padać deszcz ze śniegiem.

Okrążyłem duży plac, na którym sprzedawano choinki i trafiłem na duży parking. Stało tu już trochę autobusów, ale mimo iż do odjazdu pozostało niewiele ponad pół godziny, żaden z nich nie jechał do Polski. Spodziewałem się, że ten mój będzie podstawiony wcześniej, w końcu jechał tylko z Lwowa do Lublina.

Przyznaję, że wpadłem w lekką panikę. Co prawda ostatecznie mógłbym jechać pociągiem, ale kto wie, czy nie musiałbym czekać na niego do rana. Zdecydowanie wolałbym być wieczorem już w domu. Pokręciłem się po okolicy zataczając coraz szersze kółka i pytając innych kierowców o autobus do Polski. Powinni coś wiedzieć, przecież są z jednej branży. Ale gdzie tam. Niby Ukraina a jednak czeski film. W końcu ktoś mi zasugerował punkt informacyjny. Tam ostatecznie dowiedziałem się, że autobus do Polski powinien (a więc bez 100% pewności) odjechać z tego dużego parkingu, na który trafiłem za pierwszym razem.

Nieco uspokojony (chociaż nie do końca) kupiłem jeszcze croissanta na drogę i pokręciłem się po parkingu zmiękczany lwowskim deszczem ze śniegiem. Nie było nawet żadnej wiaty, pod którą mógłbym się schować.

W końcu podjechał mój autobus. Pasażerów było niewielu, więc wybrałem sobie najwygodniejsze miejsce. Zaczął się właśnie popołudniowy szczyt. Dotarcie do centrum Lwowa zajęło nam ponad pół godziny (dwukrotnie dłużej niż szedłem pieszo) i niewiele mniej, żeby wyjechać z miasta. Tam dopiero trochę przyspieszyliśmy, ale bez szału. Autobus był stary i zdecydowanie pamiętał lepsze czasy.

Na granicy w Rawie Ruskiej kazano nam wysiąść, przeskanowano bagaż (niektórych wezwano nawet na osobistą), a celnik z latarką dokładnie przebadał autobus. O alkohol byłem spokojny, bo miałem tylko dozwolony litr, ale zastanawiałem się, czy nie czepią się 3-litrowego słoika z niewiadomą cieczą (w końcu naklejka to tylko naklejka). Ale chyba sok z brzozy jest na tyle znany, że nawet nie kazano mi go wyciągać z plecaka.

Męczące było samo czekanie, bo musieliśmy stać na dworze, a było bardzo zimno i wilgotno (deszcz cały czas padał). A ja byłem zmęczony i coraz bardziej chciało mi się do domu.

W końcu ruszyliśmy dalej. Po drodze zatrzymywaliśmy na chwilę się kilka razy w różnych miejscowościach i w Lublinie byliśmy ponad pół godziny spóźnieni. Mało fajne dla osoby, którą coraz mocniej goniło do toalety. Na szczęście prawie od razu miałem autobus do samego domu, więc jakoś wytrzymałem.

Sok z brzozy Kubek na kawę Kubek na kawę

Generalnie jeśli chodzi o pogodę to jestem mega zawiedziony. Spodziewałem się prawdziwej zimy, a w praktyce było cieplej niż w Lublinie (porównywałem w internecie). Zamiast śniegu był deszcz, zero słońca i w ogóle jakoś tak ponuro, co zresztą widać na zdjęciach. Pobyt ratowały atrakcje i pewnego rodzaju egzotyka miejsca. Tak czy inaczej Lwów polecam, ale raczej w okolicy września, tuż po sezonie wakacyjno-turystycznym. A za rok może Japonia? Bo czemu nie!

Dla zainteresowanych więcej zdjęć w albumie Facebookowym

Ten wpis ma więcej niż jedną stronę:
« 12345
Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na