Dzisiaj jest wtorek, 26 września 2017
JAK wkurzyć grafika (i nie tylko)25 cech ludzi silnych psychicznieIle za zlecenie czyli jak wycenić własną pracę?
Irlandzki Fuckup

Irlandzki Fuckup

poniedziałek, 2017-03-27963na luzie

Wszyscy lubimy oglądać, słuchać i czytać o cudzych wpadkach, błędach i pomyłkach. Podobno to jakaś forma dowartościowania się. Dlatego specjalnie dla Was opowiem o moim wyjeździe do Irlandii „za chlebem” i co z tego wynikło. Uwaga, będzie śmiesznie!

W Irlandii praca „leży” na ulicy

Zanim zdecydowałem się rzucić całe moje dotychczasowe życie, dużo nasłuchałem się o tym, że Irlandia z otwartymi rękami czeka na polskich pracowników i można jechać praktycznie w ciemno. Coś w tym musiało być, skoro tyle osób wyjeżdżało i nie wracało.

Wyjazd do #Irlandii był moim pierwszym wyjściem ze strefy komfortu, chociaż wtedy jeszcze nie znałem tego pojęcia
Zatweetuj

Dałem się im namówić a kumpel ze studiów dał się namówić mi, bo on też zapragnął lepszego życia. Wyrobiłem paszport, zostawiłem w cholerę pracę (niezbyt fajną, ale przynajmniej stałą), spaliłem kilka mostów i jedną fajkę. Potem razem z kumplem przygotowaliśmy trochę dokumentów, które będą potrzebne np. CV w języku angielskim (tłumaczone przez zawodowca, bo my po angielsku raczej słabo a ja to nawet jeszcze gorzej), zaświadczenia o niekaralności i takie tam...

Zrezygnowałem z wynajmowanego mieszkania a cały dobytek spakowany w dwa pudła powędrował do rodzinnego domu. Nad ranem następnego dnia startowaliśmy już z lotniska w Łodzi. Żegnaj marne życie w Polsce, witaj wspaniała przyszłości w Irlandii!

To było moje pierwsze wyjście z tzw. strefy komfortu, chociaż wtedy jeszcze nie znałem tego pojęcia. Nawet odwieczny lęk przed lataniem gdzieś się zapodział. Byłem napalony jak licealista na koleżankę z klasy ;)

Lecimy do Irlandii

Najważniejsze to dobre przygotowanie

Nie pojechaliśmy tak całkiem w ciemno. Żeby mieć jakiekolwiek pojęcie o tym co nas czeka, zrobiliśmy delikatny research. Dowiedzieliśmy się samych ważnych rzeczy:

  • żeby nie zostawać w Dublinie, bo są tam bardzo wysokie koszty życia
  • że drugie co do wielkości miasto w Irlandii to Cork i tam się należy skierować
  • żeby odpuścić sobie Irlandię Północną, bo tam niebezpiecznie
  • żeby wziąć ze sobą sporo jedzenia (oczywiście tylko w ramach tego dopuszczalnego w samolocie), bo to miejscowe jest do dupy
  • żeby nie rozmawiać z miejscowymi o polityce i religii, bo są bardzo na te tematy przeczuleni
  • że najlepsze piwo to Guiness

Przecież już wkrótce będziemy zarabiać prawdziwy, #europejski szmal! A wypłaty będą co tydzień!
Zatweetuj

Ja skorzystałem między innymi z zaproszenia Bagiennego na występ Gaelforce Dance. Można więc powiedzieć, że byliśmy przygotowani na tip-top.

Po wielu godzinach zmęczeni, ale szczęśliwi i pełni wiary w siebie dotarliśmy na miejsce. W miarę szybko znaleźliśmy miejscówkę w Bed&Breakfast. Stosunkowo drogą, ale co tam resztki naszej kasy! Przecież już wkrótce będziemy zarabiać prawdziwy, europejski szmal! W dodatku wypłaty są cotygodniowe a nie comiesięczne.

Wieczorem wzięliśmy nasze aparaty (w końcu lustrzanka to podstawowy bagaż na każdy wyjazd w poszukiwaniu pracy) i poszliśmy w miasto...

Katedra Św. Findbara

Rozglądamy się za pracą

Drugiego dnia zaopatrzeni w CV ruszyliśmy szukać potencjalnych pracodawców, którym brakuje rąk do pracy i chętnie oddadzą nam trochę eurasów. Po wielu godzinach i lżejsi o kilka kartek doszliśmy do wniosku, że coś jest nie tak. Niby piątek a większość sklepów i firm jest pozamykana.

Przypadkiem znalezione Tesco i jego promocje świąteczne uświadomiły nas, że właśnie zaczyna Wielkanoc. No to super! Nie dość, że weekend, to jeszcze święta. Wszystko wskazywało na to, że do wtorku wiele nie powojujemy.

Może Cię zainteresuje także wpis: A może blogowanie na pełen etat?

Czas na mieszkanie

OK. Skoro z pracy na razie nici, to może chociaż znajdziemy jakieś bardziej stałe lokum, bo B&B szybko nas wykończy. Kupiliśmy kilka gazet i zaczęliśmy szukać. Jako, że z nas dwóch kumpel był nieco mniej „zielony” w języku, jemu przypadł zaszczyt telefonowania do potencjalnych przyszłych gospodarzy. Wieczorem mieliśmy już jeden namiar, który ledwo ledwo, ale mieścił się w granicach naszych możliwości finansowych. Ale co tam, przecież już wkrótce...

Drugiego dnia z samego rana poszliśmy zobaczyć naszą przyszłą noclegownię. Były to czasy przed smartfonami i internetem mobilnym, więc posiłkowaliśmy się zwykłą mapą. Nie było łatwo, ale w końcu znaleźliśmy. Oczywiście nikt nam nie otworzył.

Kolejny telefon do właścicielki i okazało się, że jest teraz w pracy i będzie dopiero wieczorem. Nosz kurrr... że tak sobie pozwolę użyć słowa.

Było tylko jedno, #małżeńskie łóżko. Co prawda znamy się z kumplem długo i dobrze, ale nie AŻ TAK dobrze!
Zatweetuj

Kolega wyjaśnił jej, że jednak trochę inaczej się umawialiśmy. Z wielką łaską zgodziła się przyjechać za godzinę. Była za półtorej, ale dobra. I tak niespecjalnie mieliśmy co robić. Wchodzimy, oglądamy pokój i co? Owszem, jest dwuosobowy (jak było w ogłoszeniu), ale z jednym, małżeńskim łóżkiem. No sorki, nie tak miało być! Co prawda znamy się z kumplem długo i dobrze, ale nie AŻ TAK dobrze! Dzień czy dwa od biedy byśmy wytrzymali, ale przecież nie pół roku!

Dobra, kończymy tę hecę. Babeczka zawiedziona wraca do pracy, my zawiedzeni wracamy do B&B i zastanawiamy się, co dalej. Nie mamy za bardzo kasy, pracy, taniego moclegu, mamy za to dużo czasu, zupek chińskich i batonów.

Oszacowaliśmy, na ile nam starczy gotówki i jakie mamy szanse. Okazało się, że marne.

Szukamy mieszkania

Do dalej robić?

Wracamy do Polski. Ta decyzja nie wymagała dłuższych dyskusji. Ja rozumiem, że kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa, ale bez przesady. Już i tak sam przyjazd tutaj daleko wykroczył poza nasze normalne pojęcie ryzyka. Po co dalej kusić los?

Szybka wizyta w kafejce internetowej i udało się znaleźć lot do Polski. Co prawda dopiero za dwa dni i stosunkowo drogi, ale nie ma co kombinować i dalej szukać. Ktoś w tym czasie zgarnie miejsce albo cena podskoczy. Wszyscy wiemy, jak to jest z biletami lotniczymi. Zabukowaliśmy i... zostały nam dwa dni „wakacji”, że tak sobie zażartuję.

Cóż więc robić? Tego dnia już niewiele, więc tylko kupiliśmy sobie po browarku na wieczór. Następnego dnia wzięliśmy aparaty w ręce i poszliśmy w plener. W końcu to nasza „pierwsza” Irlandia i nie wiadomo kiedy taka okazja się powtórzy.

#Dublin jest mniejszy od #Lublina a #Cork jest porównywalny do #Świdnika.
Zatweetuj

Już około szesnastej okazało się, że to „drugie co do wielkości” miasto jest mocno przereklamowane, bo prawie całe (przynajmniej wg mapy) je obeszliśmy. No cóż, tak to jest jak się czyta tylko ogólne opisy a nie sprawdzi konkretnych danych, z których szybko byśmy się dowiedzieli, jakie są realne wielkości miast w Irlandii. Największy Dublin jest mniejszy od Lublina. A Cork jest porównywalny do Świdnika. A my naiwnie spodziewaliśmy się co najmniej Wrocławia.

No i co dalej?

Zupki i batony wystarczyły do końca

No, prawie. Ostatniego dnia zostało nam już tylko po batonie na drogę, a jako że monety Euro (w odróżnieniu od banknotów) są nieużywalne w innych krajach, za ich resztki kupiliśmy trochę pieczywa, jakiś ser i dwie butelki mineralnej. Muszę zgodzić się co do słuszności stwierdzenia, że do Irlandzkiego jedzenia trzeba się długo przyzwyczajać. Nie wiem jak teraz, ale wtedy nawet mimo głodu, marnie nam wchodziło. A woda... cóż, ledwo dało się ją przełknąć. A przecież powinna wchodzić jak woda...

Na szczęście bez jedzenia można wytrzymać kilka dni a przecież już jutro będziemy już w Polsce.

Sid Leniwiec odpoczywa przed powrotem do Polski :)

Z powrotem w domu

Sam bym się śmiał, chociaż akurat w tym przypadku jeszcze przez jakiś czas nie było mi do śmiechu
Zatweetuj

To były intensywne i pełne emocji... cztery dni. Część znajomych była zaskoczona moim szybkim powrotem, inni pytali, kiedy wyjeżdżam i niespecjalnie chcieli wierzyć, że już wróciłem. Za to wszyscy starali się udawać, że się nie śmieją. Ale nie trudno było się tego domyślić. Sam bym się śmiał na ich miejscu.

Cóż, trudno, zdarza się. Czasami czułem zażenowanie, ale pocieszałem się myślą, że i tak odważyłem się na więcej niż przez ostatnie 24 lata. Zawsze to jakiś plus.

Co mi dał wyjazd?

  • Przede wszystkim pewność siebie. Powiecie pewnie, że to niewiele, ale dla mnie to było bardzo dużo i naprawdę mocno odmieniło moje życie. Być może dzisiaj nie byłbym tutaj gdzie jestem i nie robiłbym tego co robię. A od tego wyjazdu zacząłem robić więcej odważnych rzeczy i wiele z nich w mniejszym lub większym stopniu się opłaciła.
  • Po drugie nauczyłem się nie ufać „na słowo” temu, co mówią inni ludzie. Chociaż... właśnie niedawno znowu zrobiłem coś, co temu w pewien sposób zaprzecza, ale to temat na inny, równie długi wpis.
  • Po trzecie musiałem szybko znaleźć jakieś lokum (z różnych względów nie chciałem mieszkać w domu rodzinnym) i dzięki temu trafiłem w miejsce, gdzie poznałem Dominikę. Po kilku latach została moją żoną a obecnie jest matką mojej córki.

Potem znalazłem jedną pracę, drugą, w końcu wylądowałem u siebie. Bo wiedziałem, że skoro mogę pojechać do Irlandii to mogę wszytko. No i udowodniłem sobie i innym, że mogę. Kwestia tylko odwagi, żeby spróbować.

Teraz, po 11 latach, sam już się z tego wszystkiego śmieję, bo tak naprawdę skończyło się dużo lepiej niż można się było spodziewać. Jestem pewien, że dzięki temu zyskałem więcej, niż gdybym tam został. Czasami więc warto zaryzykować i zrobić coś totalnie głupiego, bo nigdy nie wiadomo, ile dobrego może z tego wyniknąć.

No a teraz zrobiłem coś znowu...

Cafe Paradiso

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na