Dzisiaj jest poniedziałek, 27 września 2021
Million - od blogera do millionera
Przeczytaj całe opowiadanie

014 - Bardzo czynny wypoczynek

czwartek, 2015-09-17594

Młoda została u dziadków a my z Majką udaliśmy się do Zakopanego czyli wakacyjnej stolicy kiczu i tandety. Chyba nikt się już nie łudzi, że cokolwiek poza oscypkami jest robione lokalnie? Nie trzeba się zbytnio wysilać, żeby na „oryginalnych” góralskich kapeluszach i ciupagach znaleźć inskrypcję „Made in China”. Zresztą jak się będzie opłacać, to i sery będą azjatyckie. Przeca cepry się nie zorientujo. Na szczęście widoki i szlaki były jeszcze oryginale. Z dużym naciskiem na „jeszcze”.

Resztę dnia po przyjeździe spędziliśmy tradycyjnie na Krupówkach, które swój klimat straciły jakieś piętnaście lat temu. Teraz wszędzie jest to samo i takie samo, chociaż na wszelki wypadek sprawdziliśmy wszystkie stragany, nawet na Gubałówce. Są ludzie, którzy muszą nawet sprawdzić, czy McDonald smakuje tak samo jak w innych miastach.

Za to następnego dnia wczesnym świtem byliśmy już na szlaku, bo koło południa robi się tłok jak na wspomnianych Krupówkach. W góry staram się jeździć regularnie, bo to w zasadzie jedyny czas, kiedy ruszam się bardziej niż z pokoju do kuchni. Praca pracą a dupa rośnie.

W górach zawsze zaskakuje mnie pewne zjawisko. Mianowicie widzę przed sobą szczyt i za nim już tylko niebo. Szczytuję więc z nadzieją, że to właśnie na przykład ten konkretny Nosal. A tam okazuje się, że za nim jest następny i następny. I jeszcze jeden. I dopiero ten kolejny jest właściwym. Ale wtedy na ogół pogoda się psuje i widać tylko mgłę. Prawdę mówiąc tylko raz udało mi się załapać na piękny, kryształowy widok.

Za to na dłuższych trasach coś dziwnego dzieje mi się z głową. Nie żeby coś fizycznego, ale nachodzą mnie egzystencjalne rozważania w rodzaju, że jeśli komuś utniemy rękę, to już tej ręki nie ma, ale jeśli utniemy koniec sznurka, to koniec wciąż jest. Ja dla odmiany starałem się ucinać takie przemyślenia, ale pojawiały się kolejne, jeszcze bardziej abstrakcyjne.

Niesssamowite, jak mawia wujek Igor.

Na szczęście już w połowie drogi na Kasprowy liczyłem wyłącznie kroki i to tylko do dziesięciu, większe liczby były dla mnie zbyt trudne. Nie ma to jak brak kondycji i prawie wyplute płuca. I jeszcze ten szok i niedowierzanie, gdy tuż obok przebiega sobie swobodnie gość z małą butelką wody w ręce (mi już skończyła się duża i uzupełniałem zapasy w pobliskim źródełku).

Tylko raz w życiu zrobiłem coś podobnego i biorąc pod uwagę moją kondycję i warunki, było to szaleństwo, którego raczej już nie powtórzę. Otóż jakieś dziesięć lat temu postanowiliśmy ze znajomymi „zdobyć” Kasprowy. Oni oczywiście kolejką, ja na własnych nogach, bo panicznie boję się wind i innych wynalazków wiszących na kawałku sznurka. Zostawiłem ich więc w kolejce do kolejki i potruchtałem pieszo. Nie chciałem, żeby na mnie długo czekali, więc mocno naciskałem buty. Dwie godziny później byłem na szczycie, zaledwie piętnaście minut później niż oni. Nie ma to jak spędzić prawie dwie godziny w upale, w tłumie ludzi tylko po to, żeby się przejechać parę minut.

Raz w życiu zemdlałem, właśnie wtedy. I wystarczy...

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na