Dzisiaj jest czwartek, 24 sierpnia 2017
JAK wkurzyć grafika (i nie tylko)15 rzeczy, które pomogą Ci stać się bogatymJak nie tracić czytelników bloga
Więcej szczęścia niż rozumu

Więcej szczęścia niż rozumu

wtorek, 2016-06-282098własny biznes, na luzie

Jeśli nie lubicie długich storytellingów, to po prostu wpiszcie w komentarzu tl;dr. Pozostałych zapraszam do zapoznania się z historią dziecka szczęścia. Ostrzegam, będzie długo, więc przygotujcie sobie jakiś popcorn i kawę, żeby nie zasnąć.

Lubimy czytać biografie innych ludzi

Osobiście Jobsa bym nie polubił ale zaimponował mi determinacją
Zatweetuj

Zwłaszcza tych, którzy czegoś w życiu dokonali i odnieśli sukces (niekoniecznie finansowy). Może dlatego, że są to historie prawdziwe i pokazują, że zwycięstwo zwykłego człowieka to nie tylko domena bajek. Sam w ciągu kilku dni łyknąłem całą książkę o Jobsie, chociaż nie jestem zwolennikiem jego urządzeń a po lekturze mogę stwierdzić, że osobiście bym go nie polubił. Ale zaimponował mi determinacją.

Ale czy kogokolwiek zainteresuje historia niewydarzonego grafika, który chociaż jeszcze nie odniósł spektakularnego sukcesu, może z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że jest na dobrej drodze? Jeśli tak, to zapraszam do lektury.

Swoją drogą ten tekst już gościł na łamach bloga, ale postanowiłem go odświeżyć, bo trochę rzeczy się zmieniło i, jak to się mówi, pojawiły się nowe fakty. Poza tym pisanie sprawia mi frajdę.

Trzy rzeczy, dzięki którym jestem tu gdzie jestem

Pierwsza z nich to dziecięce marzenia o pracy, którą wykonuję. Co prawda w podstawówce jeszcze nie mogłem wiedzieć, że kiedyś wszyscy będą mieli komputery w domu a ja będę zajmował się grafiką i internetami. Ale na pewno chciałem wykonywać jakiś wolny zawód i samemu sobie szefować. A to wszystko w czasach, kiedy w Polsce pojęcie „freelancingu” jeszcze (chyba?) nie istniało. Przynajmniej ja jeszcze długo o nim nie słyszałem.

Druga to niepokorność i niejako wiąże się z pierwszą. Nigdy nie tolerowałem żadnej władzy nade mną, zwłaszcza gdy ta była nadużywana. Panicznie bałem się też wezwania do wojska. I tu objawiło się właśnie moje szczęście (ale o tym jeszcze napiszę, więc nie przerywajcie czytania). Z drugiej strony cecha ta przysparzała mi też sporo kłopotów, głównie związanych z moją awersją do lizania dupy szefowi i klientom, przez co byłem po prostu zwalniany (o czym też za chwilę będzie). Za to zawsze niemal z marszu trafiałem w dużo lepsze miejsca. Ostatecznie wylądowałem u siebie i od prawie siedmiu lat jestem niezależny, a Klient jest partnerem biznesowym.

Uwierzycie, że jeszcze do niedawna byłem ekstremalną odmianą introwertyka?
Zatweetuj

Trzecią rzeczą, chociaż to bardziej wada niż zaleta, była nieśmiałość. Uwierzylibyście, że wszystkie szkoły ukończyłem jedynie dzięki sprawdzianom pisemnym, bo przy ustnych odpowiedziach po prostu zamykałem się w sobie i słowa nikt ze mnie nie wyciągnął? Uwierzycie, że jeszcze osiem lat temu panicznie bałem się ślubu bo tyle osób będzie na mnie patrzeć? Uwierzycie, że jeszcze do niedawna byłem ekstremalną odmianą introwertyka?

Teraz trochę się to zmieniło, częściowo wymuszone czynnikami zewnętrznymi. I chociaż wciąż preferuję samodzielne działania, to już nie boję się ludzi jak kiedyś i nawet miałem kilka publicznych wystąpień. Z pewnością będzie ich coraz więcej bo... zaczyna mnie to kręcić.

Opowiadam, dlaczego nie zostałem Jedi :)

Foto: Tomasz Gawłowski

Nie jestem plastykiem ani nawet informatykiem

Nie ukończyłem żadnej szkoły plastycznej, tylko Technikum Łączności i Politechnikę Lubelską. Nie umiem więc rysować, przynajmniej nie tak, jakbym chciał. To, co wielu osobom się podoba i uznają to za mój wyraz artystyczny (tak, niektórzy uważają mnie za artystę), to po prostu najlepsze co jestem w stanie zrobić. Żeby było jeszcze śmieszniej, te moje dziwne robale wygrywają konkursy, dzięki czemu przygarnąłem między innymi tablet czy aparat, które służą mi do dzisiaj. Większość moich „dzieł” nie jest zamierzona, po prostu „tak wyszło” :)

Programować w zasadzie też nie powinienem, bo nie ukończyłem żadnego informatycznego kierunku, głównie dlatego, że za moich czasów (tak, jestem stary) jeszcze takiego nie było. Wszystkiego nauczyłem się sam z książek i magazynów komputerowych. Jest to o tyle zabawne, że nie znam prawie żadnych informatycznych pojęć i jak czytam bloga jakiegoś programisty to nie mam pojęcia o czym pisze. Co nie przeszkadzało mi w napisaniu autorskiego CMS-a w najprostszy możliwy sposób. Ale wiecie co? On naprawdę zajebiście dobrze działa!

Może Cię zainteresuje także wpis: JAK ŁATWO narysować wektorowe robale

Jednocześnie załatwiłem magisterkę i wojsko

Możliwe, że były jakieś drobne epizody w szkołach, ale pierwszym spektakularnym przypadkiem szczęścia (fuksa?) była obrona pracy magisterskiej. Pracowałem już wtedy w agencji i chociaż zarabiałem grosze, cieszyłem się, jakbym złapał Pana Boga za pięty, chociaż teraz, z perspektywy czasu widzę to trochę inaczej. Ważne, że praca była stała i nie musiałem martwić się, co będę robić po studiach. To wbrew pozorom nie jest banalny problem, bo niektórzy znajomi po kilku latach bezrobocia szli na studia doktoranckie.

Mózg mi się wtedy wyłączył i jak „zombie” wyszedłem z pracy
Zatweetuj

Jak wiadomo, na obronie (przynajmniej na Politechnice) jest prezentacja, dużo gadania, ulubione pytania profesorów i takie tam. Na samą myśl o tym prawie mdlałem i dostawałem innych nieładnych objawów. 4 dni przed „godziną zero” dowiedziałem się, że zmieniła się komisja egzaminacyjna a obrona jest przeniesiona na jutro. ROZUMIECIE? Inna komisja, inny przewodniczący, inne „ulubione” pytania i tylko pół dnia na opanowanie nowego materiału. Mózg mi się wtedy wyłączył i jak „zombie” wyszedłem z pracy. Prawdę mówiąc nie wiem, co się potem działo, ale podobno wieczorem jeszcze wróciłem, żeby coś drukować.

To mnie pewnie uratowało, bo komisja zdając sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji, potraktowała wszystkich ulgowo. Oczywiście dostałem koronne pytanie profesora, o którym mówił na każdych zajęciach, więc nie było możliwości, żebym go nie znał. Obroniłem się na 6 i była to jedyna celująca ocena w całym moim życiu. Dyplom wylądował w szufladzie i wyjąłem go tylko raz, podczas przeprowadzki.

Mniej więcej w tym samym czasie zaczęło upominać się o mnie wojsko. W WKU przedstawiłem dokument z dziekanatu z informacją o zbliżającej się obronie ale poinformowano mnie, że za dwa tygodnie mam się zgłosić po mundur i karabin. Ta jasne, już pędzę.

W książeczce wojskowej chyba wciąż figuruję jako poborowy
Zatweetuj

Jednak jeszcze przez tydzień panikowałem, co ze mną będzie. A potem ogłoszono amnestię dla wszystkich magistrów i o mnie zapomniano. W książeczce wojskowej chyba wciąż figuruję jako poborowy. Opłaciło się nie być zbyt nadgorliwym i poczekać z obroną do września, bo znajomy, który magistrował się w lipcu, wylądował na pól roku w koszarach.

wojsko

Nowa praca w pięć dni

Pracowałem sobie raźno jako drugi grafik za marne grosze i walczyłem o jakąś podwyżkę. Szef argumentując ciężką sytuacją firmy (gość był bardziej niezaradny biznesowo niż ja na początku freelancowania) dał mi łaskawie pół etatu i adekwatne wynagrodzenie. Ale jednocześnie chciał, żebym przychodził normalnie na cały etat, bo konkretna robota zaczynała się dopiero koło południa. Rano miałem więc siedzieć „na dyżurze” a potem zapieprzać do wieczora. Tu objawiła się moja niepokorna natura i przez kilka miesięcy w pracy byłem dokładnie tyle, ile wynosił mój etat a potem zostałem oczywiście zwolniony.

W międzyczasie bez większego zaangażowania szukałem już nowej roboty. Ale wiecie jak to jest. Gdy nie ma ciśnienia, nie podchodzi się do tego zbyt poważnie.

I nagle to ciśnienie się pojawiło. Pewnego poniedziałku szef wezwał mnie do siebie i ze smutkiem (taaa, jasne) oznajmił, że nie stać go na drugiego grafika, w związku z czym musi mnie zwolnić. Mam miesięczny okres wypowiedzenia, w ciągu którego mogę przychodzić do pracy (na co chyba najbardziej liczył, bo był deadline z jednym magazynem) lub szukać nowej. We wtorek zadzwonił do mnie znajomy i zapytał, czy nie szukam może pracy, bo on zwalnia miejsce. W czwartek byłem na rozmowie kwalifikacyjnej a w piątek już wiedziałem, że jestem przyjęty, co radośnie oznajmiłem mojemu ex-szefowi. Biedak tak się tym przejął, że bez słowa opuścił firmę a wszelkie formalności załatwiałem z jego wspólnikiem. Dowiedziałem się potem, że tak wkurwionego człowieka to nikt tam nigdy nie widział. Bardzo mi z tego powodu wszystko jedno.

W drugiej agencji siedziałem równo dwa lata

Pokazałem swoją niepokorność wprowadzając zasadę wychodzenia o czasie
Zatweetuj

Obserwuję sobie różne fora branżowe i z wypowiedzi różnych grafików wnioskuję, że wszyscy są specjalistami w walce o swoje. Twardo negocjują umowy, nie ruszą palcem ponad to co mają w swoich obowiązkach. Ale wiecie co? Jeszcze w żadnej firmie nie spotkałem osoby asertywnej. Dlatego już pierwszego dnia znowu pokazałem swoją niepokorność wprowadzając zasadę wychodzenia o czasie, bo bezpłatne nadgodziny były standardem. Podobno znowu są, ale to już na szczęście nie mój problem. Ja po dwóch latach nie wytrzymałem, zwolniłem się i wyjechałem na wyspy szukać szczęścia.

Może Cię zainteresuje także wpis: Nie bój się popełniania błędów

W Irlandii byłem tak krótko, że po powrocie znajomi pytali, kiedy wyjeżdżam

Niektórzy powiedzą, że to mój największy życiowy fuckup. No bo patrzcie: zrezygnowałem z pracy, wyrobiłem paszport, namówiłem przyjaciela na wspólny wyjazd i zupełnie w ciemno polecieliśmy do Irlandii (bo tam podobno praca na ulicy leży). Bez znajomości języka, bez oszczędności, bez kontaktów, bez potencjalnej pracy i jeszcze w najgorszym możliwym okresie czyli dokładnie w święta wielkanocne. Do tej pory się dziwię, jak tego mogliśmy nie sprawdzić.

Czy można było trafić gorzej? Pewnie tak, ale marna to dla nas pociecha. I jeśli śmialiśmy się ze swojej głupoty, to był to śmiech przez łzy. Wróciliśmy już po czterech dniach, bo tak udało się zarezerwować samolot z jakiejś kafejki internetowej. I rzeczywiście mało kto wiedział, że w ogóle wyjeżdżaliśmy.

Czy uznać to porażkę? Z dzisiejszego punktu widzenia absolutnie nie! Nawet nie wiecie, ile pewności siebie nabrałem przez te kilka dni. I chociaż nic nie zwojowałem, czułem się, jakbym mógł zrobić wszystko. I zrobiłem. Poznałem moją obecną żonę a niecały miesiąc później bez specjalnej spinki (wciąż byłem na okresie wypowiedzenia) pracowałem już w kolejnym miejscu.

No i co dalej?

Pół roku mobbingowania

Wszystko dlatego, że nie chciałem wchodzić w dupę dyrektorom, bossowi i klientom
Zatweetuj

Tym razem gorzej trafić nie mogłem. Agencja, która we własnym mniemaniu jest najlepszą w Lublinie, tak naprawdę jest jedną z gorszych. Zwłaszcza jeśli chodzi o atmosferę w firmie. W ciągu pół roku byłem mobbingowany i w końcu zwolniony. Wszystko dlatego, że nie chciałem wchodzić w dupę dyrektorom, bossowi i klientom. Poza tym niejednokrotnie pokazałem, że mam o grafice dużo większe pojęcie niż mój bezpośredni zwierzchnik, który swoje stanowisko zdobył w nieco mniej szlachetny sposób. Podpowiem, że nie była to głowa. W dodatku duży współudział miała córka właściciela.

Te pół roku było dla mnie pewnego rodzaju przezimowaniem. Coś tam robiłem, ale bez większego zaangażowania, chyba przeczuwałem, jak to się skończy. Oczywiście po fakcie wkurw był, ale szybko przeszedł. Nie warto.

Zwolnieniem nawet nie zdążyłem się porządnie zmartwić, bo na drugi dzień rozesłałem kilka CV, trzy dni później miałem rozmowę kwalifikacyjną i w końcu tydzień później nową pracę. Byłoby szybciej, ale ten tydzień wymusiła jedna prywatna fuszka, którą musiałem pilnie dokończyć.

Ostatni etat w życiu?

W kolejnej agencji posiedziałem kilka lat, ale okazało się, że nie mam co liczyć na awans i większą kasę, bo nie jestem bliskim znajomym szefa. Ponadto dosyć istotna i ponadczasowa jest znana wszystkim prawda, że jeśli dobrze wykonujesz swoją pracę, to nie masz co liczyć na zmiany, bo kto cię zastąpi? Jeśli robisz w korpo, to dobrze znasz ten schemat: fachowcy na najniższych stanowiskach i niekompetentni zwierzchnicy. Bo przecież gdyby zamieć ich miejscami, firma od razu by padła.

Tymczasem pół roku później zrobiłem coś głupiego, przynajmniej dla tych, którzy mnie znali
Zatweetuj

Zaczęło się robić niefajnie, więc coraz częściej brałem różne fuszki (w końcu parę lat doświadczenia już miałem) i rozglądałem się za inną robotą (znowu bez większego zaangażowania). Jeden z moich „klientów po godzinach” powiedział kiedyś, że powinienem założyć własną firmę i być kowalem swojego losu. Pomysł był fantastyczny, ale w moim przypadku nierealny, które opisałem na początku tej historii.

Tymczasem pół roku później zrobiłem coś głupiego, przynajmniej dla tych, którzy mnie znali.

Zwolniłem się, żeby założyć własną firmę

Jak to zrobiłem? Zaczęło się od audiobooka „Maksimum osiągnięć” Briana Tracy. Przez kolejne 2 miesiące przesłuchałem kilkanaście audiobooków motywacyjnych ale ostatecznym impulsem było „Odrodzenie Feniksa” Nikodema Marszałka. Dwa dni później odszedłem z pracy. Byłem tak nakręcony tym, co usłyszałem, że nawet nie myślałem o konsekwencjach. A powinienem. Nie miałem oszczędności, nie miałem klientów (ani nawet perspektyw, że się pojawią), nie miałem nawet zbyt dużych umiejętności plastycznych, bo przez te 10 lat pracy nauczyłem głównie obsługi programów.
Szef był równie zaskoczony jak współpracownicy i narzeczona. Wyraził nawet opinię, że sobie nie poradzę i jeszcze do niego na kolanach wrócę. Przykro mi, że go zawiodłem.

Był to najlepszy krok w moim życiu (no, może poza Irlandią). Gdybym tego wtedy nie zrobił, może wciąż bym siedział tam lub gdzie indziej za marne pieniądze tracąc czas, życie i marzenia. Chociaż teraz też nie zarabiam kokosów i nie mam ustawowych urlopów, to jednak robię to co lubię i sam wybieram sobie klientów (chociaż początkowo nie miałem takiego komfortu). A co najważniejsze, spełniły się moje marzenia z dzieciństwa a to jest mój największy sukces.

Może Cię zainteresuje także wpis: Tears of Steel

Co robię teraz?

Coś, co dla większości z Was jest nie do pomyślenia. Otóż całymi dniami siedzę w domu przy komputerze. Dla wielu etatowców jest to szczyt marzeń - zero stania w korkach, możliwość pracy w dowolnych godzinach (np. w nocy), maksymalna optymalizacja czasu i pieniędzy. Rzeczywistość mocno to jednak weryfikuje. Trudno się zorganizować i można zwariować cały dzień gadając tylko do kotów. Do takiego stylu życia trzeba mieć predyspozycje. Niektórzy korzystają z biur coworkingowych, inni wynajmują własne lub wracają na etat. Przyznam szczerze, że mi też czasami ciężko się zebrać do pracy, zwłaszcza kiedy wokół tyle rozpraszaczy. Na szczęście z większości udało mi się zrezygnować, został tylko FacebookInstagram, ale to moje główne miejsca autopromocji.

cow or king

Ostatnio więcej wychodzę do ludzi

W sumie siedzenie w domu mi pasuje. Jestem introwertykiem (chociaż już nie takim ekstremalnym jak kiedyś) i dobrze się czuję we własnym towarzystwie. Ale faktycznie czasami doskwiera mi brak ruchu i kontaktu z innymi ludźmi. Siedzę, tyję, kondycja spada, kręgosłup siada, ale to wszystko mam (niestety) na własne życzenie. Ale gdy mnie już zaczyna mocno nosić, chodzę na różne dziwne spotkania, konferencje, sympozja i wyjeżdżam na targi branżowe albo w góry. Przez przypadek zostałem nawet LbnSocial VIPem a innym razem miałem własną prezentację.

dyplom vip

dyplom prezentacja

Wciąż jednak najwięcej czasu spędzam przy komputerze lub tablecie i coś działam. Czasami, gdy mam zbyt dużo czasu, to biorę udział w przetargach i chociaż raczej nie spodziewam się zbyt wiele, to... niedawno kilka wygrałem i to wcale nie ceną. W końcu będę mógł wyjechać na dłuższe wakacje i nawet wyłączę telefon przez ten czas ;)

Własne projekty

Największym wyzwaniem jest ograniczenie własnych projektów, bo chwytam zbyt wiele srok za ogon. Problem w tym, że... podświadomie chyba nie chcę.

Cały czas rozwijam swój CMS wdrażając kolejny projekt internetowy, który z założenia miał być światowym hiciorem a w praktyce usycha gdzieś w zakątkach internetu, bo nikt się nim nie interesuje. Tak, wiem, najważniejsza jest promocja. W tej kwestii jestem jednak totalnie do dupy. Z tego powodu album leży zamrożony od kilku lat i nie spodziewam się, żeby w najbliższym czasie coś miało ruszyć w tym temacie.

Trochę rysuję a raczej usiłuję, bo zazwyczaj wychodzi coś zupełnie innego niż zamierzałem. Kombinuję z robalami, steampunkiemksiążeczką do kolorowania. W końcu prowadzę niniejszego blogasa i Million. Dużo czasu staram się spędzać z córką póki ona jeszcze tego chce bo ani się obejrzę a wymieni mnie na nowszy model.

ula 1

ula 2

Odrzucam myśl powrotu na etat

Czasami w głowie pojawia się idiotyczna myśl o powrocie na etat ale szybko ją odrzucam. Po prostu nie wyobrażam sobie tego. Niedawno miałem koszmarny sen o tym, że wróciłem do mojej pierwszej pracy i znowu robiłem to co kilkanaście lat temu (na równie żenującym poziomie). Obudziłem się przerażony i uspokoiłem dopiero po uświadomieniu, że to był tylko sen. Zresztą nie powinno się wracać tylko iść do przodu. W kolejnym roku powinienem więc być szefem albo inwestorem.

A samo szczęście? Jest bardzo wybiórcze. Pomaga mi w wielu sytuacjach (odpukać, już dawno nie miałem chudego okresu), ale w wytypowaniu poprawnych 6 liczb w totka już niekoniecznie.

Jeśli podoba Ci się wpis,
koniecznie zalajkuj,
skomentuj i zapisz się na